Poniższy tekst dedykowany jest wszystkim „chomikom” gatunku homo sapiens, ale i każdemu, kto choć w części się z nimi identyfikuje. ;)

W dzisiejszych czasach dość trudno jest nie mieć w domu… wszystkiego. Często wręcz toniemy w rzeczach, które kupiliśmy, dostaliśmy i których nie mamy serca wydać, wyrzucić, zatopić, spalić lub pozbyć się w jakikolwiek inny sposób. ;)

Ma to swoje dobre strony, ponieważ w razie potrzeby mamy WSZYSTKO. Nie musimy iść do sklepu, kupować, pożyczać, zdobywać – bo to, co jest nam potrzebne, już jest na miejscu. O ile oczywiście uda nam się to znaleźć, co przy natłoku rzeczy wszelakich nie zawsze jest proste, a raczej - powiedzmy to sobie szczerze – rzadko kiedy jest. W takiej sytuacji mogą nam pomóc tylko dwie rzeczy – albo pozbyć się większości tego, co mamy – ale to by była taka straszna szkoda! ;) - albo tak posegregować, pochować i oznakować nasze rzeczy, żebyśmy wiedzieli, gdzie co jest. Brzmi jak wyzwanie dla najodważniejszych, ale w końcu do takich świat należy. ;)

Bez etykiety nie podchodź

Kiedy więc otworzymy pierwszą szafę i wyleje się na nas strumień drobiazgów bardziej i mniej potrzebnych, najlepiej od razu przystąpić do rzeczy uzbrojonym w drukarkę do etykiet. Segregujemy rzeczy tematycznie, wsadzamy do pudełek i na każde pudełko bach! - przylepiamy etykietę z informacją, co siedzi w środku. Można też iść va bank i otworzyć wszystkie szafy od razu. Kilkudniowy urlop powinien wystarczyć na otrząśnięcie się z letargu wywołanego widokiem wszystkich naszych bambetli pokrywających podłogę oraz ściany do wysokości metra, posegregowanie wszystkiego, poukładanie w pudełkach i triumfalne nalepienie etykiet.

Kolejne etapy działań porządkujących

Kiedy już skończymy etap pierwszy, możemy przejść do drugiego, a więc skierować swe kroki w stronę szaf, szuflad i półek z papierami. Tu sprawa jest trochę bardziej skomplikowana, ponieważ papiery te niestety trzeba będzie przejrzeć. Ale proszę zachować spokój – można to zrobić pobieżnie. Uwaga! Wręcz nie należy wczytywać się zbyt długo, gdyż grozi to drastycznym obniżeniem tempa prac, a nie chcielibyśmy przecież by wieczór zastał nas trzymających w ręku ten sam plik kartek, który próbowaliśmy gdzieś wetknąć rano. A propos, wtykanie to kolejna rzecz, której powinniśmy za wszelką cenę unikać. Kartki będą prosić, mizdrzyć się do nas i mrugać zalotnie, byśmy tylko pozwolili im przetrwać w spokoju jak do tej pory, ale musimy być twardzi. Jeśli już niepotrzebna – wyrzucić, choćby serce krwawiło. Albo one nas, albo my je!

Kiedy już wykażemy się niebywałym męstwem i żelazną konsekwencją i wyrzucimy przynajmniej 10% z tego, co planowaliśmy, resztę możemy, usatysfakcjonowani, powpinać do segregatorów. Oczywiście nie do byle jakich segregatorów, ale do odpowiednio oznaczonych. Jak? Oczywiście etykietami. Zdrowie, diety, ćwiczenia? Proszę bardzo. Każde z nich może mieć swój osobny segregator. Maseczki, dowcipy, robótki ręczne? Dlaczego nie, możemy założyć tyle segregatorów, żeby żadna kartka nie leżała samotnie. Zmieniamy zdanie? Jednak wolimy połączyć zdrowie i diety? Żaden problem. Wydrukowanie nowej etykiety zajmie nam minutę.

Etap trzeci to kuchnia. Słoje, słoiczki, plastikowe fantazyjne kubeczki, ładne papierowe opakowanka. Powiedzmy sobie szczerze – w nadmiarze to zalewające nas zło! Ale wszyscy miewamy swoje słabości, a więc, po pierwsze, próbujemy część wyrzucić, po drugie, resztę układamy w pudełka i etykietujemy.

Wyobraźmy sobie satysfakcję, jaką poczujemy, gdy dzięki naszej tytanicznej pracy zwolni się w naszym mieszkaniu trochę miejsca, które będziemy mogli przeznaczyć na... nowe, wspaniałe rzeczy. ;-)